Strona Główna ˇ Artykuły ˇ Download ˇ Forum ˇ Linki ˇ Kategorie Newsówśroda, Czerwiec 26, 2019
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Galeria
Kontakt
Download
FAQ
Forum
Linki
Kategorie Newsów
Szukaj
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 57
Najnowszy Użytkownik: Marekpam
Oldoinyo Lengai - Góra Boga
Tanzania urzeka swoim pięknem. To dostrzegalne gołym okiem zza szyby samochodu, to liczne parki narodowe, sięgające nieba góry i biało-piaszczyste wybrzeża. Tanzania urzeka swym pięknem. To pomijane na pierwszy rzut oka ujawnia się przed Tobą w całym swym pięknie, jeżeli się zatrzymasz i będziesz miał czas dla ludzi. To piękno ukryte w drugim człowieku. Od dwóch lat przebywam wśród Masajów i juz w pierwszych dniach mojego tu pobytu usłyszałem "magiczne słowo" Oldoinyo Lengai. Problemy z wypowiedzeniem, z zapamiętaniem... Oldoinyo Lengai - Góra Boga jest świętą górą Masajów. To taka "nasza Częstochowa". Nie ma tam kościoła, nie ma tam świętej ikony, ale jest "grzmiący bóg". Tradycyjnie Masajowie wierzą w jednego boga "Lengai" nazywając go często "Narok Lengai" Czarny Bóg. "Czarny" ponieważ chmury zwiastujące deszcz są czarne i ten kolor jest świętym kolorem obecności boga wśród nas. Kobieta, która urodziła dziecko będzie miała czarne ubrania, młodzieńcy po przyjęciu inicjacji, stając się wojownikami, przywdzieją na siebie czarne tuniki. Mam nadzieje, że gdy będę w stanie odprawiać msze świętą w języku "maa" to także obrus na ołtarzu będzie czarny a ja będę miał na sobie czarna albę. Marzeniem każdego Masaja jest stanąć na świętej ziemi Oldoinyo Lengai. Wojownicy, matki spodziewające się dziecka, lub proszące o ten najcenniejszy dar nieba jakim jest dziecko, "pielgrzymi" przepraszający, proszący o zdrowie... to ci, którzy wędrują w kierunku "grzmiącego boga". Bóg przemawia i ostatnimi czasu stal się bardzo "rozmowny". Oldoinyo Lengai jest bowiem czynnym wulkanem i ta góra mierząca prawie 3000m ostatnio jest przyczyna licznych trzęsień ziemi w naszym regionie i potężnego słupa dymu, popiołu wydobywającego się z jej wnętrza. Wieczorami człowiek ma wrażenie, że z każdą minutą przybywa na niebie gwiazd, choć to jedynie wybuchająca lawa... Ostatnia poważniejsza erupcja miała miejsce 2 lata temu. W parę tygodni po tym wybuchu i ja udałem się w moja "masajska pielgrzymkę". Pracując z Masajami uznałem, że należy dotknąć tego, co dla nich istotne, ważne... Nie znalazłem jednak śmiałków (szaleńców), którzy by tam się udali ze mną... Później wracałem tam z Przyjaciółmi i za każdym razem Góra była inna i uczyła mnie czegoś innego. Ten pierwszy raz to spotkany „Drugi Człowiek”... Nie mając do dyspozycji samochodu i wiedząc, że nie ma tam regularnego transportu, udałem się tam motorem. Yanaha 200 miała mi pomóc pokonać 280km z czego 150 to bezdroża afrykańskie, na których zagubienie oznacza prawdopodobna śmierć. Ostatni przystanek w cywilizacji to miejscowość Mto wa Mbu (Rzeka Komarów), gdzie zaopatrzyłem się w wodę, benzynę, jedzenie. Motor był dopakowany ale chyba mi jeszcze czegoś brakowało bo pewien przyglądający mi się mężczyzna w rozmowie ze mną, zapytam mnie czy mam ze sobą "trawę". Po chwili zrozumiałem, że w zatroskaniu o mnie, proponuje mi jakieś narkotyki bo na pewno jadąc tam na motorze jestem szalony i będę potrzebował "trawy"?!!! Pojechałem bez... Przygody zaczęły się już po 20km, kiedy to "zgubiłem" moje paliwo. Musiałem wracać i na szczęście dla mnie plastikowy bidon wytrzymał upadek i paliwo się nie rozlało. Inaczej nie pisałbym tego, ale gdzieś tam wciąż błądził po Masajskim Stepie „opartym” o Wielki Rów Tektoniczny. Po około 2 godz. dotarłem do wioski Engaruka gdzie zatrzymałem się na chwilę. Od tego miejsca miąłem wrażenie, że za chwilę ujrzę ocean. Nie była to fatamorgana ale piaszczysta droga, która dla mnie miała wymiar "drogi krzyżowej" z licznymi upadkami. Po paru upadkach juz się nie przejmowałem i piasek z otwartymi ramionami za każdym razem mnie przygarniał... Uciążliwość podróży rekompensowały widoki. Przyglądające się mi żyrafy, zaskoczone moim widokiem zebry i strusie, które radziły sobie zdecydowanie lepiej ode mnie biegnąc przed motorem. Na jednym z zakrętów ujrzałem geparda i zastanawiałem się czy w tych warunkach mój motor jest w stanie pojechać szybciej niż 110km/h w przypadku gdyby gepard chciał się ze mną „zaprzyjaźnić”! Chyba był równie zaskoczony spotkaniem jak ja i... poszedł sobie. Kolejny zakręt i przed moimi oczyma ukazał się "ośnieżony szczyt". To nie był jednak śnieg ale popiół z wcześniejszych wybuchów. Góra urzekła mnie swym pięknem... I jak tu nie wierzyć w "miłość od pierwszego spojrzenia"? Robiło się późno i promienie zachodzącego słońca ślizgały się po zboczach wulkanu. Dotarłem do pola namiotowego w pobliżu Jeziora Natron. Plecy mogłem "oprzeć" o Wielki Rów i raz jeszcze podziwiałem Górę. Dowiedziałem się, że są ludzie, którzy będą się tam wspinać nocą (ze względu na upał w ciągu dnia i ciepło wydobywające się z wulkanu). Dołączyłem do nich. Nasza wspinaczka zaczęła się pobudką o 23.00. Dojechanie do stóp Góry to ok. 20km i prawie godzina! Rozpoczęliśmy o 1.00 by po 5 godz. wspinania stanąć w powulkanicznym popiele na szczycie. Kosmiczny krajobrazy z dymiącymi kominami dodawały uroku. I stała się jasność. Budził się świat budziłem się ja. Przypomniał mi się fragment pewnej książki..."jak można iść szukać Boga w seminarium, zapytał sam siebie podziwiając wschód słońca"... Znalazłem Tego, którego szukałem... Wschodziło słońce i niebo „przymierzało” liczne kolorowe suknie, aż się zdecydowało na błękit... Ten "błękit" zabrałem ze sobą, schodząc. Spragniony, wyczerpany, radosny "topiłem" się w wodospadach niedaleko mojego pola namiotowego. Od tysięcy lat wszystko tutaj tkwi niezmiennie i stałem się malutką cząstką tego wszechświata. Droga powrotna, to tylko dwa upadki, by mieć raz jeszcze okazję na ujrzenie Góry pozostawianej za moimi plecami. I stało się... Złapałem kapcia! Miałem ze sobą pompkę, ale ta była z RPA co na tutejszy język przekłada się na "chiński produkt", tani, ładny i do jednorazowego użytku. Do miasta miałem jakieś 80km, do wioski 20km, jakieś osady w okolicy...poza zebrami nie widziałem nikogo... Pompka po jednej próbie się zepsuła (piasek, materiał)...i czekałem na cud! Zdarzył się po 2 godz. wyczekiwania w pełnym słońcu i nerwowym rozglądaniu się czy "coś głodnego" nie krąży obok lub nade mną... Z daleka ujrzałem wzbijający się kurz. To była lokalna taksówka. Te trasę przemierza raz w tygodniu i to był mój szczęśliwy dzień. Stary Land Rover, który pamięta czasy projektanta, zapakowany ludźmi, zwierzętami, towarem... Drogę hamowania wydłużyły niesprawne hamulce...< Przepraszam, mam kapcia... Czy macie może pompkę? Mamy i pomożemy Ci!> Nikt z pasażerów nie protestował. No i raz jeszcze przejawił się geniusz afrykański. Pompkę owszem mieli ale niesprawną! Dali jednak radę z dwóch pompek stworzyć jedną, która pracowała na tyle by znaleźć dziurę. Rzecz jasna naprawa odbywała się bez ściągania koła bo i po co?! Zdjęta z felgi opona, zaklejona dziura w dętce i co dalej? Jak napompować oponę? I kolejny cud, kolejny samochód!< Spadliście nam z nieba! Macie pompkę?... Nie...> Odjechali, a z nimi moja nadzieja. Nie minęło parę minut i... ???!!! Połączyli oponę samochodową z moja oponą i tylko mówili bym powiedział stop! Uśmiechnięci, zadowoleni, szczęśliwi rozjechaliśmy się. Było za późno by dotrzeć do miasta. To wciąż 80km a robiło się późno. Dojechałem do wioski Engaruka i kolejni "piękni ludzie".< Czy jest tu jakieś miejsce do przenocowania? Tak, jest hotel dla "Białych". Ja nie szukam hotelu tylko domu Lantisi! (???!!!) Tu obok mieszka Legwanani Lantisi będzie szczęśliwy goszcząc Cię>. Tak trafiłem do Olepelo, który był szefem mojej grupy wiekowej w tym regionie. Legwanani to zaszczytna funkcja reprezentowania grupy wiekowej. Moja grupa wiekowa nazywa się Lantisi i to było słowo klucz, które otworzyło mi drzwi tradycyjnej masajskiej gościnności. Niepisane prawo masajskie to okazana gościnność dla Twoich Braci z tej samej grupy wiekowej. Dzielą się wszystkim... Olepelo podzielił się jedzeniem i domem. Tam spędziłem noc, tam poznałem nowych przyjaciół... Na misje wróciłem przy ogłoszonym alercie. Nie było możliwości kontaktowania się ze mną i niektórzy myśleli już o organizowaniu wyprawy ratunkowej. Wróciłem..., choć tak na prawdę nigdy stamtąd nie wyjechałem. Na bezkresach stepu pojawili się ludzie, na pustyni wyrosła oaza przyjaźni i wszystko wokół mnie stało się piękne... Miejsce i ludzie... Zarówno jedno i drugie było takim od zawsze a Bóg dal nam oczy by nad tym pięknem się pochylać.
Arkadiusz sma Tanzania 2006
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

batiq
13/02/2014 21:05
adres: lm@sma.pl to nie jest "i", ani duże ani małe smiley Chwilowo, tzn. do początku marca może nie być odpowiedzi, ale później na bank będzie! smiley

rybolub
13/02/2014 12:17
Chciałem kupić książkę, ale ten adres Im@ jest chyba błędny...ani z dużej ani z małej litery nie działa smiley Ktoś mnie słyszy? smiley Proszę o pomoc !

mariab
22/09/2013 16:59
Cześć !!! Chciałabym poznać Twoją historię... daje dużo do myślenia Twoja książka!!!

dzikaczeresnia
11/06/2013 19:01
Gratuluję książki! Gdzie można kupić? smiley

by mógł zdarzyć się cud... PEKAO S.A. XIII O/Warszawa 44 1240 2034 1111 0010 0294 7759 tytułem: ks. Arkadiusz Nowak misja Moita Bwawani

266876 Unikalnych wizyt
Engine: PHP-Fusion v6.01.6 © 2006
ADW Lion Heart - Theme by Amilla Dee Webdesign


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl