Strona Główna ˇ Artykuły ˇ Download ˇ Forum ˇ Linki ˇ Kategorie Newsówśroda, Czerwiec 19, 2019
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Galeria
Kontakt
Download
FAQ
Forum
Linki
Kategorie Newsów
Szukaj
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 57
Najnowszy Użytkownik: Marekpam
Mleczne uzależnienia
Mleczne uzależnienia…
Zadymiona masajska chata. Ledwie dostrzegam twarze osób siedzących przy ognisku. Dym wyciska łzy z moich oczu. To tylko dym, ale trudno ukryć wzruszenie… Stara kobieta, z licznymi naszyjnikami i uszami „sięgającymi ziemi” co chwilę spluwa na niemowlę w jej ramionach. Dziecko ma zaledwie parę dni… Matka i niemowlę, zgodnie z masajską tradycją przez najbliższe miesiące pozostaną w domu. Zadaniem, jedynym i najważniejszym młodej matki, będzie opieka nad dzieckiem. Ono jest najważniejsze. Bliscy z rodziny zadbają o jedzenie, wodę, opał. Stroje jakieś takie „żałobne” bo zarówno „Koko” babcia, jak i matka z dzieckiem ubrane są na czarno. To kolor Boga i błogosławieństwa. Masajowie mówią o Bogu „Lengai Narok” (Ona jest Czarna), bo przecież Bóg jest Matką, a „Czarną” bo czarne są chmury, które zwiastują deszcz, będąc tu w Afryce błogosławieństwem. Na kolację składa się kubek przegotowanego mleka. Niewiele… ale nie ma nic więcej. To moja „ostatnia wieczerza”. Jest Wielki Czwartek, dochodzi godzina 21. Już słyszę śpiew na zewnątrz tej masajskiej chaty, pokrytej strzechą, gdzie ściany są mieszanką ziemi, wody i krowiego łajna. Wewnątrz palenisko, by zapewnić ciepło najpiękniejszemu darowi niebios… Nowonarodzonemu dziecku. Tak wiele jest miejsc i plemion, które uważają, że kobieta, która nie ma dziecka jest przeklęta, jest wiedźmą! Dom tej nocy dzielę nie tylko z matką, dzieckiem i babcią… obok, przez „patykową ścianę” słyszę cielaki, które nocują z nami w domu ze względu na ich bezpieczeństwo. Wokół czyhają hieny, czasami zapuszczają się lamparty z pobliskiego lasu… To przecież Ngorongoro, słynny park narodowy, z olbrzymim kraterem wulkanicznym, będącym afrykańską „arką Noego” z licznymi zwierzętami tam żyjącymi. Uciekam po omacku na zewnątrz, podążając za muzyką. Siadam na małym masajskim krzesełku, opieram się o chatę. Cichnie rytmiczny śpiew i nie sposób dostrzec już charakterystycznego poruszania się ramion, wprowadzającego w ruch naszyjniki, których dźwięk stanowi swoisty instrument… Rozpoczynamy wieczorną modlitwę… Jeszcze błogosławieństwo chorych i już tylko świerszcze i chrapanie babci lub cielaków towarzyszą mi, gdy kładę się do snu na kawałku krowiej skóry, rozłożonej na „gałązkowym łożu”… Kończy się ten dzień, którego wschód słońca przywitał mnie daleko stąd… w misji Olbalbal.
Tanzania… Potężny kraj w Afryce Wschodniej, prawie trzykrotnie większy od Polski. Zamieszkuje go ok. 40 milionów ludzi, mówiących w 120-stu językach. Ten najbardziej znany i uznany za język oficjalny, to „swahili”. Kraina Serengeti i białego szczytu Kilimandżaro. To kraj urzekającego swym pięknem krateru Ngorongoro z setkami dzikich zwierząt żyjących w jego wnętrzu i wciąż ziejącego dymem i ogniem czynnego wulkanu Oldonyo Lengai, świętej góry Masajów. To cudowne plaże Zanzibaru i zachody słońca nad Jeziorem Wiktoria. Jest to jeden z 17 krajów, w którym pracuje „moje zgromadzenie”, Stowarzyszenie Misji Afrykańskich, od ponad 150 lat głoszące „dobrą nowinę” ludom Afryki, na terenach „pierwszej ewangelizacji” gdzie imię „Jezus”, albo nic nikomu nie mówi, albo w opinii słuchaczy jest „twoim imieniem”… To tu od kilku lat przyszło mi żyć, pracować, kochać… Moją „pierwszą miłością” okazali się Masajowie. To wpół wędrowne plemię wciąż mnie fascynuje i porywa.
Żyjąc w Olbalbal, na terenie parku narodowego Ngorongoro, uczę się tych ludzi, ich życia i języka. Wielki tydzień spędzam na masajskich wioskach, daleko od misji i resztek cywilizacji. Wielki Czwartek. Wypełniona klasa szkoły podstawowej. Zazwyczaj na sprawowanie eucharystii spotykamy się „pod drzewem”, albo w masajskiej bomie (grupa domów wokół zagrody dla krów, stanowiącej centrum, bo krowa jest najważniejsza, bo przecież „krowa też człowiek”…). Ze względu na deszcz spotykamy się w szkole. Kolorowe stroje, liczne ozdoby, uśmiechnięte dzieci. Gdy tu umywa się nogi „apostołom” (moi to zarówno mężczyźni, kobiety i dzieci), woda staje się jak ta ziemia wypalona słońcem… Podczas eucharystii, w mojej dłoni nieustannie trzymam zieloną trawę. To masajski symbol „przebaczenia”. Jezus składając siebie w ofierze to przebaczenie nam wyjednał. Moja stuła jest czarna. Ale ten kolor to przecież znak obecności Boga dla Masajów. W czasie mszy kilkakrotnie błogosławię mlekiem ludzi, dary ofiarne, chorych używając „masajskiego kropidła”, wysuszonego owocu zwanego kibuyu w kształcie butelki, „zatkanego” trawą. Przed złożeniem darów, wzywam chorych, by przyszli do błogosławieństwa. Krowi róg, wypełniony jest watą i olejem namaszczenia chorych, pobłogosławionym przez biskupa podczas mszy krzyżma. Tak, to namaszczenie chorych, ale przecież każdy z nas „na swój sposób i zawsze” jest „chory”. To namaszczenie na każdej mszy, daje tym ludziom siłę i wzmacnia wiarę. Przywraca zdrowie i sprawia, że nie szukają pomocy u lokalnych „znachorów”… Przepiękny, rytmiczny śpiew, przeplata się z dobrze znaną nam liturgią. Końcowe błogosławieństwo jest na zewnątrz… przecież wszyscy są posłani! Jest wieczór, chata wciąż zadymiona. Muzyka nocy i jej kolory… Świerszcze wyjątkowo głośno „zacierają ręce”. Rytmiczne chrapanie babci lub małych cielaków. Moje „patyczkowe łoże”. Zamykam oczy. Zaczyna padać deszcz!
Padało całą noc i zastanawiałem się, czy pójdziemy w góry, do wioski Lormuni. To prawie 4h wspinania na nogach, bo odkąd zaczęła się pora deszczowa, innego sposobu na dotarcie do tej „górskiej osady” nie ma! Budzi się nowy dzień, choć trudno to zauważyć w masajskiej chacie, pozbawionej okien… Ciemność chaty „łamie” wyraźny szept. To modlitwa. Pierwsza czynność, którą robią Masajowie po przebudzeniu. Długa litania dziękczynna i rytmicznie powtarzane „naj” - niech się stanie! Słychać też od czasu do czasu odgłos „splunięcia”, ale tylko wtajemniczeni i ludzie bliscy Masajom wiedzą, że to także błogosławieństwo. Wielki piątek… nie trzeba ich przekonywać do postu, zdecydowana większość ludzi tu mieszkających, żyje w nieustannym głodzie. Ma się czasami wrażenie, że „przyzwyczaili się” do głodu! Gdy usiadłem ze starcami na zewnątrz, obok wejścia do zagrody dla krów, a to zaledwie żywopłot z kolczastych krzewów, w centrum bomy, miałem wrażenie, że czas się zatrzymał. Podchodzące do nas dzieci i „proszące” o powitanie, pochylając głowy i czekając aż, je dotkniemy naszymi dłońmi na znak powitania i błogosławieństwa… Starcy proszą mnie o błogosławieństwo bomy i stada. Ruszam po moje „kibuyu” i krowi róg. Błogosławię mleko, trawę i chodzę od domu do domu błogosławiąc ludzi i zwierzęta. Towarzyszy mi grupa chrześcijan i ich śpiew. Gdy błogosławieństwo jest już zakończone, na środku zagrody dla krów i pośród krów, błogosławię chorych. Wracam na wyschnięty pień drzewa by zasiąść wśród starców. Czeka na mnie kubek zsiadłego mleka… To musi mi wystarczyć na te godziny wspinania się do kolejnej osady…
Prawdą jest, że dużo łatwiej jest wchodzić pod górę, niż z niej schodzić… Ale czy ktoś próbował to zrobić z 5kg błota przyklejonego do butów? To efekt nocnej ulewy. Ruszamy pod górę. Od czasu do czasu ślizgam się, najczęściej przystaję na chwilę, by kijem odlepić błoto od butów, ale po kilku krokach, należałoby powtórzyć zabieg. Katechiści z którymi idę pochodzą z Lormuni, wioski do której zdążamy. Tam uczą katechezy i sprawują liturgie słowa w niedzielę, gdy nie ma księdza. Nie wiem czy chcą mnie pocieszyć czy pośpieszyć, ale co chwilę pokazując ślady na ziemi, mówią, że to bawoły, których tu nie brakuje. Na szczęście po paru minutach marszu spotykamy… żyrafy! Przyglądają się nam nieruchomo, może „przykleiły się” w tym błocie do podłoża? Mija nas też „karawana” osiołków… idą na dół po wodę, która jest tu tak ważna i tak trudno dostępna… Kolejne warstwy błota na moich butach. Już mam zapewne ponad 2m wzrostu!? Jak nie błoto, to krzaki lub „palące krzewy”… taka nasza „pokrzywa” tylko „mega duża i paląca”! Myślałem, że dzięki plecakowi będę miał lepszą przyczepność. W nim bowiem znajduje się ubrania i śpiwór, a obok… zestaw mszalny, paschał, ryż, cukier, woda! Raczej niż myśleć o „przyczepności” powinienem zająć się „teorią względności”, zwłaszcza, jak wylądowałem w błotnej kałuży, próbując nie wpaść w pokrzywy! Pierwszy upadek… To przecież Wielki Piątek, to i upadkom nie ma się co dziwić… Po godzinie drogi docieramy do małej osady. Mieszka tu sporo ludzi i 3 Chrześcijan… Pozdrawiamy ich, chwila modlitwy, odpoczynku, herbata z mlekiem i kolejne 2 godziny wspinaczki. Widoki coraz piękniejsze. W oddali „Olduvai Gorge” kolebka ludzkości… Przed nami zbocza krateru Ngorongoro. Jesteśmy na wysokości ponad 2000m! Ostatnie ostre podejście i nie wiadomo skąd wyłaniają się przed nami liczne bomy rozsiane na zboczach i w dolinach. Widok zapierający dech w piersiach. Kaplica to patyki, gałęzie, pnie młodych drzew, które są „uplecione” jak wiklinowy koszyk. Później na tę konstrukcję narzuca się ziemię wymieszaną z wodą i krowim łajnem i już mamy ekologiczne ściany! Dach jest z blachy i to chyba jedyny „ślad cywilizacji”. Drogę krzyżową zaczynamy u jednej z chrześcijańskich rodzin. Do kaplicy jest ostro pod górę. Jest nas zaledwie kilkanaście osób, ale jakże prawdziwa jest ta droga… Już w kaplicy kontynuujemy z wielkopiątkową liturgią. Skupienie na twarzach, u niektórych pojawia się łza w oku gdy jest czytana pasja. Adoracja krzyża. Pocałunek, dotknięcie dłońmi, dotknięcie czołem… Jeszcze długo po zakończeniu nabożeństwa, ludzie pozostają w kaplicy. Udaję się do domu „szefa wspólnoty”. To zaledwie 20 min. drogi. W tej okolicy, ze względu na dzikie zwierzęta zagroda dla krów, to „płot” z drewnianych kołków, wysokich, zaostrzonych i blisko siebie. Domy są wokół tego najważniejszego miejsca. Witają nas dzieciaki śpiewem. W geście szacunku podchodzą do nas pochylając głowy, prosząc o pozdrowienie i błogosławieństwo. Spędzam chwilę z nimi. Urzeka mnie ich śpiew… Przywołuje mnie „babcia”. Najpierw kubek zsiadłego mleka, rozmowy w zadymionej chacie, gdzie nie wiele widać a oczy nieustannie łzawią, później herbata z mlekiem i zasłużony odpoczynek. Toaleta… na zewnątrz, obok domu, pod gwiazdami, z muzyką nocy i krowich dzwonków. Czy będę musiał się spowiadać, z tego, że noc spędziłem pod jednym dachem z 7 „kobietami”? Najmłodsza miała 4 lata, najstarsza 80. To „koko” (babcia), przygarnęła mnie pod swój dach i u niej znalazłem znane mi już z innych masajskich chat „masajskie łoże”. Noc była „dotkliwa”, bo te kije i krowia skóra, to ulubione miejsce pcheł i pluskw… Coś mnie pogryzło, ale będę żył…
Sobotni poranek. „Babcia” już nas budzi do wspólnej modlitwy, po której udaje się do dojenia krów. Na śniadanie przegotowane mleko. Ostatni łyk i pojawia się katecheta z planem na dzisiejszy dzień. Wielu chrześcijan i nie tylko, prosiło by ich odwiedzić i pobłogosławić domy, ludzi, zwierzęta. Wigilia paschalna jest dopiero wieczorem, stąd chętnie przystaję na pomysł, nie wiedząc na co się porywam. To góry, czyli nie za wiele „płaskich odcinków”. Gdziekolwiek się udając, albo wspinasz się, albo stromą ścieżką schodzisz w dół. Zaczęliśmy od błogosławieństwa bomy moich gospodarzy. Najpierw błogosławieństwo mleka, trawy, którymi będę błogosławił ludzi, domy i stada. Modlitwa, śpiew i ruszamy. Zaczynam pośród krów, w ich zagrodzie, gdzie buty zanurzają się lepiej nie wiedzieć w czym… Błogosławione mlekiem krowy i ludzie, zatrzymujemy się przed domem, wchodzą do niego mieszkańcy, przeciskam się ja… W ciemności nic nie widzę, ale błogosławię dom, olejami do namaszczenia chorych, błogosławię mieszkańców. Światłem latarki katechista pomaga mi ich znaleźć w tej ciemności i zadymieniu… Wychodząc, „przytomnieję” w świeżym powietrzu. Kolejny dom, kolejna zagroda, kolejny kubek wypitego mleka. Jeszcze tylko chora mama, która na nas czeka od wczoraj. Szliśmy do niej ponad godzinę… Niesamowicie trudne życie i wiara tych ludzi mnie zawstydzają… Chwila przerwy i popołudniu kontynuujemy nasze wędrowanie. Lubię mleko, ale… ileż można… Zachodzi słońce nad Serengeti, pięknie widoczne z tego miejsca. Ostatnie przygotowania w kaplicy do „nocnego czuwania”. Robi się zimno i uśmiecham się, że to Wielka Sobota. Rozpalimy ognisko! Jak przed wiekami, tak i tej nocy, deseczka, patyk i szybkie ruchy obrotowe sprawiają, że pojawia się dym, żar, ogień. To święty ogień, który oznacza „początek”, gdy zakładana jest nowa rodzina, boma. Piękny śpiew, liturgia światła, liturgia słowa, chrzest dorosłego mężczyzny. Trudno sobie wyobrazić bardziej urzekające miejsce i czas by… Zmartwychwstać! Tu i teraz, wśród tych ledwie widocznych uśmiechniętych masajskich twarzy, On staje i ofiaruje swój pokój! Po mszy „ołtarz” staje się stołem dzielenia. Wspólny posiłek, upieczona koza, ryż (który przyniosłem). Nie ma święconki, jajka, ale radość i wiara chyba dużo większa… Wracając do domu, dzieciaki mają niezłą zabawę… Co chwilę ktoś nas wyprzedza, by po chwili podnieść się z ziemi, próbując nas przestraszyć. Jeszcze herbata z mlekiem u „Babci” i pluskwy już się cieszą z mojego powrotu. Jutro wcześnie rano jak kobiety ewangeliczne „pobiegniemy” do Olbalbal, do naszej misji, by obwieścić światu, że On Zmartwychwstał! Wspólnie będziemy świętować wraz ze wspólnotami z licznych wiosek porozrzucanych po okolicy i górach. Droga nie będzie łatwa. Błoto, strome zejścia, zwierzęta. I po Zmartwychwstaniu można „upaść”… Ale jest ta siła, która nas podnosi, delikatnie szepcze… „nie bój się”! W plecaku butelka miodu, prezent od wspólnoty. Chcą by moje wspomnienia były słodkie… To miła odmiana po tym „mlecznym maratonie”. Wracam na misję, ale w głowie już planuję kolejną wyprawę w góry… Bo w górach jest wszystko co kocham…
Arkadiusz Nowak SMA Kwiecień 2014
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

batiq
13/02/2014 21:05
adres: lm@sma.pl to nie jest "i", ani duże ani małe smiley Chwilowo, tzn. do początku marca może nie być odpowiedzi, ale później na bank będzie! smiley

rybolub
13/02/2014 12:17
Chciałem kupić książkę, ale ten adres Im@ jest chyba błędny...ani z dużej ani z małej litery nie działa smiley Ktoś mnie słyszy? smiley Proszę o pomoc !

mariab
22/09/2013 16:59
Cześć !!! Chciałabym poznać Twoją historię... daje dużo do myślenia Twoja książka!!!

dzikaczeresnia
11/06/2013 19:01
Gratuluję książki! Gdzie można kupić? smiley

by mógł zdarzyć się cud... PEKAO S.A. XIII O/Warszawa 44 1240 2034 1111 0010 0294 7759 tytułem: ks. Arkadiusz Nowak misja Moita Bwawani

265757 Unikalnych wizyt
Engine: PHP-Fusion v6.01.6 © 2006
ADW Lion Heart - Theme by Amilla Dee Webdesign


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl