Strona Główna ˇ Artykuły ˇ Download ˇ Forum ˇ Linki ˇ Kategorie NewsówPoniedziałek, Czerwiec 17, 2019
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Galeria
Kontakt
Download
FAQ
Forum
Linki
Kategorie Newsów
Szukaj
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 57
Najnowszy Użytkownik: Marekpam
Tam gdzie kończy się woda… Tam gdzie rodzą się ptaki…
Środowy poranek… Jak zza światów słyszę głos odjeżdżającego samochodu. Potrzebuję dłuższej chwili by odrzucić „czarny scenariusz” kradzieży samochodu i przypomnieć sobie, że proboszcz, miał jechać dziś do miasta i pozałatwiać kilka spraw. Ja też tam za „chwilę” będę, bo dziś ruszam na mój „mini urlop”. To był „szalony” czas te ostatnie tygodnie na misji gdzie przewinęło się ok. 30 osób (nie licząc złodziei, których obrzuciłem… kamieniami)! Jak tylko wrócił proboszcz po pogrzebie swojej mamy, po paru dniach (tygodniu), wspomniałem, że chce chwilkę odpocząć. Środowy poranek „urlopowy”… Ostatnia selekcja rzecz ważnych i koniecznych. W plecaku wylądowały płaszcz przeciwdeszczowy, latarka, pompka do motoru, klucze do reperacji opony, 1 koszulka, skarpety górskie, dokumenty, notatnik, szczoteczka do zębów… Resztę pozostawiłem „Opatrzności”! Do końca nie miałem sprecyzowanego celu wyprawy, choć moje górskie buty, które „przyglądały” mi się z szafy (tam je trzymam), podświadomie kierowały mnie do jednego z moich ulubionych miejsc w Tanzanii. Okolice Oldoinyo Lengai (Góry Boga) i Jeziora Natron! Ubrałem buty i… niech mnie prowadzą! Przystanek w Arusha, padający deszcz i pierwsze „znaki zapytania” nad „rozsądnością” tego, co chcę zrobić. Samotna wyprawa na motorze, do miejsca gdzie nie ma zasięgu, gdzie czeka mnie prawie 200 km bezdroży i nikłe szanse na spotkanie „dobrego samarytanina”. Dochodzi 14sta gdy opuszczam Arusha. Do Ngaresero, wioski (choć w moich masajsko-buszowych standardach śmiało mógłbym mówić o niej jak o „miasteczku”) leżącej nad Jeziorem Natron (słynne jako miejsce wylęgowe flamingów) i u stóp świętej góry Masajów Olgoinyo Lengai – Góra Boga (czynnego wulkanu) mam przed sobą ok. 180km! Postanowiłem jechać „na skróty”… Przez miejscowość Monduli Juu (Górne Monduli). Przepiękne tereny, ale droga przejezdna tylko dla motoru. Ze względu na zerwane mosty, od paru lat samochody się tam nie zapuszczają. W Monduli ostatnie tankowanie i ruszam w „góry”. Kończy się asfalt wraz ze stromym podjazdem do „Górnego Monduli”. Momentalnie daje się odczuć zmianę klimatu. Jest zimniej i zaniepokoiła mnie obecność wody na drodze. Najwyraźniej „chwilę” przede mną mieli tu ulewę. Błotne serpentyny pokonywane ostrożnie, wyprowadzają mnie z lasu na równinę, z pięknym widokiem na okoliczne pastwiska i wzgórza. Takie nasze „Bieszczady”, tylko „klimaty” inne. Po kolejnych minutach wspinania moje obawy rosną. Horyzont po jego krańce jest granatowy! Lengai Narok – ona jest czarna! Tak o bogu mówią Masajowie. Bóg jest czarny, bo czarne są chmury, zwiastujące deszcz. Ale w tym momencie nie rozważam antropologicznych aspektów masajskiego życia, a jedynie się zastanawiam ile minut dzieli „granat nieba od jego czerni”! Coraz więcej błota i wszyscy ludzie machają do mnie, choć idą w przeciwnym kierunku?! Zatrzymuję się przy dwóch zabłoconych motorach. Gdy zapytałem o drogę do Ngaresero, szeroko otworzyli oczy. Droga jest nieprzejezdna i taką pozostanie przez kilka godzin, po „oberwaniu chmury” które właśnie miało miejsce. No cóż… Zawsze jest jakiś „plan B”. Robi się późno, ale postanawiam ruszyć przez miejscowość Mto wa Mbu (Rzeka komarów). Ta droga jest dłuższa o ok. 60km, ale sporo asfaltem i jedyne, ostatnie 120km po afrykańskich wertepach! Spróbuje. Teraz jednak zaczyna się walka z czasem. Dochodzi 17sta gdy w „komarzym mieście” zatankowałem motor i ruszyłem, nie wiedząc, gdzie się zatrzymam. Jest sucho, ale droga… tragiczna! Mam wrażenie jakbym jechał po podkładach kolejowych! Zatrzymałem się by dopompować powietrze w oponach, bo czasami słychać felgi. Spokojnie zawijałem pompkę w plastikowy worek, gdy ok. 100m ode mnie zobaczyłem „pasące się”… słonie! Oniemiałem. Było ich 6 i zdecydowanie ja tu wyglądałem dziwnie i byłem intruzem. Pasące się antylopy gnu, jakaś „zabłąkana” żyrafa i ja… z pompką w ręku. Po 20km docieram do wioski Selela. Uczy tu w szkole podstawowej mój znajomy masajski nauczyciel, mąż Mamy Pendo, naszej „szefowej wspólnoty” z Moity . To u niego postanowiłem spędzić noc. Jednak czasami nasze plany są, pozostają jedynie „naszymi”. Okazało się, że go nie ma! Pojechał już do domu bo skończył się rok szkolny. Na szybko naszkicowany „plan B” zakłada, że jadę dalej do Engaruka (jakieś kolejne 40km) i będę próbował nocować u innego znajomego. Do Ngaresero mam wciąż ok. 100km i przy zachodzącym słońcu o 19ej nie mam szans by tam dotrzeć „za dnia”! Okolica jest wyjątkowo zielona. Najwyraźniej i oni mieli sporo deszczu, a może to bliskość Wielkiego Rowu Tektonicznego, ciągnącego się tysiącami kilometrów, powstałego ze spotkania się 2 płyt geologicznych (wszystkich geografów i geologów przepraszam za nieścisłości terminologiczne). Na język dzisiejszy tłumaczy się to na potężną, ok. 300 metrową ścianę, ciągnącą się po krańce horyzontu. Tereny zalesione, bogate w liczne źródła wodne, stały się „magnesem” dla ludzi, którzy tu osiadali. Tu też znaleźli swoje pastwiska Masajowie. Tymczasem „zegarek tyka”, za chwilę ciemności przemalują świat a ja mam jeszcze 2 rzeki do pokonania. Mostów tu nie ma i jedynie mam nadzieję, że nurt rzeki nie przepchał sporych rozmiarów głazów w miejscu, gdzie się będę przeprawiał. Obyło się bez problemów, a buty i spodnie wyschły po kolejnych paru kilometrach. Dojeżdżam do Engaruka. Ponoć są tu jakieś ślady „prastarego osadnictwa”, ale w sumie każdy dom wygląda jakby tu był od początku świata! Engaruka jest mi miejscem bliskim. W mojej pierwszej wyprawie na Oldoinyo Lengai (to było w 2006), w drodze powrotnej miałem problemy z motorem. Do Engaruka dotarłem wraz z ostatnimi promieniami słońca. Użyłem w tedy „magicznego klucza”. Powiedziałem, że jestem Lantisi (w Masajskim świecie to jest moja grupa wiekowa) i że szukam domu lantisi. Tak poznałem Olepelo, który nie tylko jest lantisi, ale i Legwanani (przemawiający w imieniu grupy, wielki zaszczyt i bardzo poważany „urząd”). Masajska gościnność wobec „brata” (ta sama grupa wiekowa), jest wpisana w ich kodeks honorowy! Skorzystałem z tej gościnności lata temu, jako „brat” przybywałem i teraz! W końcu los się do mnie uśmiechnął. Olepelo, mój Masajski Przyjaciel (Samarytanin) był w domu. Zanim zdążyłem wytłumaczyć z czym przyjeżdżam, kazał mi obiecać, że niezależnie od tego co chcę zrobić, tego wieczoru zostanę u niego na noc! Zostałem… Spać poszliśmy ok. 24ej! Musieliśmy nadrobić „stracony czas”. Ludzie, miejsca, zdarzenia. Na kolację ryż z czymś przypominającym szpinak i sen. Rano chciałem ruszać ok. 6ej! W nocy zaczęło padać, ale tym razem byłem w suchym i bezpiecznym miejscu, wśród Przyjaciół!


Czwartkowy poranek… Obudziłem się ok. 5.45. Pakowanie i… modlitwa i błogosławieństwo w domu Olepele. Żegnam mojego gospodarza i ruszam w drogę. Do Ngaresero mam wciąż ok. 60km! Po ok. 20 minutach w końcu odsłania się „moja góra”, Oldoinyo Lengai! Zatrzymuję się po drodze zaledwie 2 razy. Są to punkty kontrolne. Zazwyczaj „Biały płaci”, ale w tej okolicy nie wielu „Białych” zna lokalny język, czyli choć „Biały” to jednak „swój”! Nie płacę, bo nie muszę. Te opłaty dotyczą turystów, a Ty jesteś „nasz”! Chwila rozmowy, z „urzędnikami” to okazja usłyszenia ostatnich wieści „z kraju i ze świata”… Druga „bramka” to już „przedmieścia” Ngaresero. Przed Tobą Wielki Rów, Zielona ściana z milionami lat historii zapisanych w stromo opadających zboczach, po prawej Jezioro Natron, po lewej czynny wulkan Oldoinyo Lengai. Bramy raju? Dochodzi 8 rano, czas na śniadanie. Zajechałem do jednego z licznych przydrożnych sklepików. To gliniany domek z „werandą” z patyków, zadaszony słomą lub kawałkiem foli. Drewniany stolik, 2 ławy i herbata z lokalnymi „niby pączkami”. Teraz muszę poszukać noclegu i zastanowić się co robić. Dochodzi 9 i jest już za późno na Oldoinyo Lengai, bo trzeba liczyć co najmniej 6godzin na wspinaczkę. A jeszcze zejście, dojazd… Wielu wspina się nocą by uniknąć upału i „ciepła góry”, które daje się odczuć. Może jutro... skoro świt… Dziś ruszę do źródeł rzeki Ngaresero. To ok. 2 godziny marszu w zakamarki Wielkiego Rowu by trafić do miejsca, które nazwałem „ścianą życia”. Jest To ok. 200 metrowa pionowa ściana tworząca półokrąg, a u jego stup ze skał… tryska woda. Dziesiątki, setki małych źródełek, które składają się na rzekę Ngaresero. A woda wszędzie jest życiem, stąd i ta ściana, choć skalna, to jednak jest pełna życia! Ściana życia! Na próżno jednak szukać tego miejsca na mapach, choćby i to były najdokładniejsze mapy! Spotkamy się może z określeniem „źródło rzeki Ngaresero”, ale czy będziemy wiedzieć, że to chodzi o „Ścianę życia” czy „Koniec wody”? Z tym drugim określeniem spotkałem się podczas rozmowy z masajskimi kobietami, które mi towarzyszyły przez chwilę w mojej wędrówce. Widząc Białego, miały nadzieję, że się im uda coś sprzedać „zabłąkanemu turyście”, ale odeszły niepocieszone. W trakcie jednak marszu pytały wyraźnie o „wodną ścianę” i „koniec wody”?! Domyśliłem się że „ściana” to zapewne wodospady, a „koniec wody” do źródła rzeki Ngaresero. Zastanawiający jest ten „koniec”… Tak jakby woda płynęła do źródła i tam się kończyła w skalistej ścianie! To co dla nas jest początkiem, co przywykliśmy nazywać „źródłem”, a co kończy się dopiero po setkach kilometrów w „morskim pocałunku”, gdy rzeka wpada do morza, dla nich, odwracając odwieczny nurt wodny, jest „końcem wody”! Czy idziesz tam, gdzie „kończy się woda”? Jeżeli kończy się ona u źródeł, to gdzie ona się zaczyna?! Wolałem nie pytać ale spodobały mi się te określenia… „wodna ściana” (wodospad), „koniec wody” (źródło). Może nawiązują one do mojego „instynktownego” określenia „ściana życia”… Ja widzę ścianę, z której tryska woda, ale oni widzą ścianę, w której „znika” woda. Ta ściana dla nich jest „końcem wody”… Bo gdy jej nie ma… stajemy się „skamielinami”! I choć to może najcenniejszy kamień, to jednak na zawsze pozostanie kamieniem, aż nie dotknie go „woda” i przestanie być „końcem wody”. To boży dotyk w naszym życiu! Gdy On wyciąga rękę, to czasami „odwraca bieg wydarzeń” i „woda” błogosławieństw i łask płynie „pod prąd”, z tą różnicą, że nie ma takiego miejsca, w nas, które by się nie przemieniło w „życie”! Na tej drodze, nie ma miejsca, gdzie kończy się woda! Tymczasem muszę ściągnąć buty by przejść na drugą stronę rzeki. Nie wiem czy to można nazwać mostem, ale betonowy odcinek jest jedynym miejscem, w którym można pokonać rzekę idąc od miasteczka w stronę „Wielkiego Rowu”! Kobiety przekonały się jednak, że nic na mnie nie zarobią i wróciły do miasteczka. Ja, z butami pod pachą brodzę, pokonując odcinek 20 metrowy rzeki Ngaresero. Rzeka ma jeszcze kilkaset metrów, zanim „rozmyje” się w Jeziorze Natron. Ja jednak będę podążał w przeciwnym kierunku, do miejsca gdzie „kończy się woda”. Zostawiam za plecami „miasteczko”, mijam tablice informujące o „polach namiotowych”, brodzę po „podwodnym moście” (gdy woda przepływa ponad mostem) i rozpoczynam wspinaczkę. Najpierw kolejny „skrót”. Znam go z poprzednich wypadów. W końcu jestem na właściwej ścieżce, znikam w czeluściach Wielkiego Rowu, a Oldoinyo Lengai znika za pierwszym zakrętem. Droga jest kamienisto, żwirowa. Wąska ścieżka i często trzeba dobrze jej wypatrywać, by nie zejść ze szlaku i „nie polecieć”… jakby nie patrzeć kilkadziesiąt metrów! Jakieś krzewy, coś z rodziny „gruboszowatych” i tylko kamieni nie brakuje. Dwie ściany skalne, potok po środku i człowiek uwięziony pośrodku. Dawno już nie przemierzałem tej drogi i rosną obawy czy aby dotrę do celu. Po ostatnich deszczach, niektóre punkty odniesienia… zniknęły! Od czasu do czasu zatrzymuję się na łyk wody. Kolejne mijane wodospady w dole i coraz bardziej interesująca droga. Czasami trzeba mocno „przytulać” się do skały, innym razem kroczyć po wodzie czy przedzierać się przez krzaki. Wyzwaniem jest mokra skała, błotne pułapki i luki w mojej pamięci („czy to już to miejsce czy jeszcze nie, gdzie powinienem przejść na drugi brzeg”?). Czasami „parę centymetrów” do przodu, do tyłu czy w górę i… pojawiają się nowe rozwiązania. W pewnym miejscu już nie tylko nogi ale i dłonie muszą być zaangażowane. To już typowa wspinaczka skałkowa (tyle, że „na żywca” i z biletem w jedną stronę). Kolejne metry i muszę zmienić brzeg. Jego lewą stroną dalej iść nie mogę. Olbrzymi wodospad i pionowa ściana nie do pokonania, a na drugim brzegu nieco łagodniej, choć skał też nie brakuje! Woda sięga po kolana. Jest „brudna”, ale to wynik opadów deszczu i „niesionej” ziemi z sąsiednich pól i pastwisk (w górze Wielkiego Rowu). W końcu po dwóch godzinach przedzierania się w głąb tego skalnego wąwozu, docieram do mojej „ściany życia”. Miejsce wyjątkowo głośne i to w podwójny sposób. Te dziesiątki wodospadów robą swoje! Miejsce przypomina starożytny amfiteatr z idealną akustyką, lecz nie tylko szum wody dominuje repertuar muzyczny tego miejsca. Pisk ptaków jest równie słyszalny jak szum wody. Podnosząc oczy ku górze, ujrzałem tysiące ptaków krążących nade mną! To chyba jaskółki? Już kilka razy byłem w tym miejscu, ale pierwszy raz ujrzałem taki „jaskółczy rój”! Mówię o tysiącach, ale pewnie było ich „setki tysięcy”! Niebo było „piegowate”. Dopiero później ktoś mi powiedział, że to miejsce to nie tylko „kończąca się woda”, ale także „miejsce gdzie rodzą się ptaki”! Obawiam się, że gdyby i mnie przyszło lecieć w przepaść 200-300 metrów, to też bym nauczył się latać! A może to dla tego jaskółki zakręcają koła, bo w tym wąwozie w kształcie półokręgu inaczej latać się nie da! W takim miejscu nie może się obyć bez kąpieli. Tylko z którego „prysznica” skorzystać. Jest upalnie i pewnie w każdym jest tylko „ciepła” woda! Przyjemne „bicze wodne” i chwile odpoczynku. Czeka mnie jeszcze jednak powrót… Podziwiam to miejsce gdzie kończy się woda, gdzie rodzą się ptaki i opuszczam je tylko dla tego, bym mógł tam raz jeszcze wrócić! Po dwóch godzinach marszu tym razem z „nurtem rzeki” dotarłem do mostu gdzie ostatni raz moje bose stopy dotykają wody. Dochodzi 14sta. Czas „upolować” coś na obiad. Po miasteczku kręci się spora grupa ludzi. Coś się dzieje. Szybko dowiaduję się, że dziś (w każdy czwartek) jest dzień targowy. To oznacza, że do miasteczka napływają „obwoźni handlarze” i okoliczna ludność. Sprzedawcy poruszają się w rytm dnia targowego od jednej miejscowości do drugiej, oferując „1001 drobiazgów”. Nie oznacza to koniecznie, że to czego właśnie potrzebujesz to tam akurat znajdziesz, ale zapewne z czymś wrócisz do domu, choćby to miała być najmniej oczekiwana i potrzebna rzecz w domu (np. odtwarzacz dvd w masajskiej chacie gdzie nie ma prądu, nie ma TV, a płyty są ozdobami i dekoracją wnętrza domu…) Na początku jedząc mój obiad na który złożyły się ryż i fasola, obserwuję ludzi i przyzwyczajam ich do mojego widoku. Ich zdziwienie zarysowane na twarzach najwyraźniej wskazuje, że „tak Białego stworzenia” jeszcze nie widzieli. Łyżka uderza w żelazne dno talerza. Obiad był smaczny i tani (nie cały 1$). Jeszcze chwilę posiedziałem w tej „patykowej restauracji”, której ściany są z patyków powiązanych ze sobą, dających trochę cienia i naturalną klimatyzację. Dach stanowi jakaś stara niebieska płachta ONZ-towska (gdyby oni wiedzieli, jak bezcenna jest ich „pomoc” w postaci tych płacht pakunkowych! Dochodzi 16sta i daję się porwać fali ludzkich „przypływów i odpływów” na targowisku. Kobiety „odświętnie” ubrane. W ich ubiorach dominuje kolor niebieski. Na głowach „białe kominy”! To ich „czapki” z białych korali. Tego typu nakrycie jest spotykane u Masajów jedynie na tym terenie, w okolicach Ngorongoro. Czy chcą być przez to wyższe? Nie wiem. Jak zawsze sporo korali wokół szyi, na rękach, przedramionach, no i uszy „obwieszone” jak bożonarodzeniowa choinka! One najczęściej zatrzymują się przy rozłożonych na ziemi niebieskich płachtach, znanych mi z dachu „mojej restauracji”! To na nich właśnie rozłożone są jakieś warzywa, w innych miejscach ubrania, jeszcze w innych masajskie ozdoby, korale, mąka, kukurydza, czy opony samochodowe czy motocyklowe przerobione na masajskie sandały (z gwarancją na bieżnik na parę tysięcy kilometrów!). Moje oczy zatrzymują się na kibuyu, masajskich butelkach na mleko lub „losioro” (mieszankę zsiadłego mleka z kukurydzą). Te wyschnięte owoce o pojemności od 1 do 10 litrów wymagają jeszcze obróbki, skórzanych ozdób. Czyści się je sadzą, która sprawia, że mleko ma „wędzony posmak”! Zakupiony towar trafia na grzbiet osiołka, który jak tylko poczuje, ze skończyło się jego beztroskie skubanie trawy, rusza w drogę powrotną. Mężczyźni masajscy obojętnie przyglądają się zabieganym i targującym się z wszystkimi i o wszystko kobietami. Ich „gorączka zakupów” nie opanowała. Za to pomimo w miarę wczesnej godziny, trudno trafić na trzeźwego mężczyznę! Chodzi głównie o starców. Młodzi spędzają czas ze sobą dyskutując o krowach i pastwiskach! Wszyscy przyszli z odległych okolic i to cotygodniowe targowisko do jedyna okazja dowiedzenia się co, kto, gdzie, kiedy? Od czasu do czasu ktoś mnie zaczepia, pozdrawia, proponuje coś sprzedać. Na mój uśmiech odpowiadają uśmiechem. Już prawie 17sta i ruszałem w stronę mojego noclegu, gdy na mijanym mostku dwóch starców pozdrowiło mnie w języku masajskim, a ja odpowiedziałem i grzecznie ich pozdrowiłem, co nakazuje masajska tradycja (teoretycznie to starszy pozdrawia (błogosławi) młodszego, albo młodszy może przemówić jako pierwszy, lecz nie pozdrawiając lecz prosząc o błogosławieństwo starca!). Wielce się zdziwili i ucieszyli z mojej mizernej znajomości języka masajskiego i robiąc miejsce na mostku, na którym siedzieli zaprosili do wspólnej „obserwacji” i posiedzenia! No i most został opanowany… Po jednej stronie starsze masajskie kobiety „koko”, a na drugiej dwóch masajskich starców i ja… „Biała” plama w tym kolorowym rozlewisku. Starzec okazał się „legwanani” (mówiący w imieniu…) obecnej grupy wiekowej wojowników. Rozmowa dotyczyła deszczu, polskich krów, mojej pracy i motoru, skończywszy na pytaniach dotyczących mojej żony i dzieci. Najwyraźniej w jego odczuciu robię dobrą i „bożą robotę”, ale marnuję czas, nie mając żony (przynajmniej jednej) i dzieci! No cóż… Gościnny lud z tych Masajów i zatroskany… Rozmowę przerywali przechodnie przychodzący pozdrowić „legwanani” i przy okazji „zmuszeni” do pozdrowienia mnie. Odchodzili zdziwieni, że są też „Biali Masajowie”?! Mnie jednak zadziwił mały chłopiec bawiący się obok „samochodzikiem”. Pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego w Polsce. Scena jedna z wielu na placu zabaw czy przed domem. Piękno sceny polegało na tym, że ten 10cio letni chłopak sam skonstruował „swój samochód”! Koła stanowiły zużyte „japonki”, popularne u nas na plaży czy pod prysznic, a tu stanowiące obuwie na wszystkie pory roku! Wycięte z nich koła i osadzone na patykach, zabezpieczone gumkami z kapsli czy elementami ze zużytych baterii R14, by koła nie spadały, to nie jedyne atrakcje tego pojazdu. Podwozie stanowił inny, nieco grubszy patyk z otworami na osie samochodu. W tylniej części był przymocowany przecięty wzdłuż pojemnik na olej kuchenny, naczynie z rączka, na 3litry. Pojazd był zdecydowanie „wywrotką”. Pośrodku, jak to na samochód przystało… skrzynia biegów, którą stanowiła nakrętka do tegoż pojemnika na olej! Z niej (nakrętki/skrzyni biegów) wychodził „drążek kierowniczy”, czyli kij o długości ok. 1,5 metra! Tuż nad „skrzynią biegów” była sieć nitek, połączonych z przednią osią, co sprawiało, że obracając kij, przepraszam… kierownicę, w lewo, przednia oś skręcała w lewo! Wystający gwóźdź z przodu był zapewne zderzakiem! Nie mogłem wyjść z podziwu i zachwytu nad tym lokalnym „Jankiem Muzykantem”! Do rzeczywistości przywróciło mnie dopiero zachodzące słońce. Czas się było zbierać do „schroniska”, w którym się zatrzymałem. Rozpościerał się z niego przepiękny widok na Jezioro Natron a pozostające po mojej prawej ręce Oldoinyo Lengai, w końcu pozbyło się chmur i ukazało w całej swojej krasie. Gdy szedłem pod prysznic, który był w osobnym budynku, ruszył za mną jeden z chłopaków, który pracował w tym „schronisku”. Powiedział, że prysznic „właśnie się zepsuł” (tak, jakby w ubiegłym roku niby działał?!) i musiałem się „zmieścić” w 20 litrowym wiaderku… Zmieściłem się! Noc tu w Afryce zapada bardzo szybko. To efekt położenia przyrównikowego. Do pokoju i pod moskitierę przegoniły mnie komary, których pojawiło się sporo. Zasypiając planowałem moje poranne wejście na Oldoinyo Lengai. Oby tylko nie padało! Rano byłem w miejscu gdzie „kończy się woda”, wolę się nie przekonać, gdzie się ona „zaczyna”!



Piątkowy… bardzo wczesny poranek! Obudził mnie alarm samochodowy! Dochodziła 1 nad ranem! Powodem były wyładowania atmosferyczne, potocznie zwane burzą, ale tu nad jeziorem, w pobliżu „Góry Boga”, w cieniu „Wielkiego Rowu”, wszystko nabiera innych rozmiarów. Co parę sekund robiło się jasno jak w dzień. Zmniejszał się czas od błysku i przeraźliwego grzmotu. Alarm samochodowy na chwilę milkł, by po kolejnym błysku i grzmocie, ponownie się uruchomić. No i do tego potężna ulewa, która zdawała się nie mieć końca. Dopiero jak udało mi się zasnąć i przebudziłem się po 5ej, deszcz ustał. Zegarek nastawiłem na 5.45, ale szybko go „przestawiłem” na 7. Góra musi przeschnąć albo ja… „dojść do siebie”! Dawno nie przeżyłem takiej nawałnicy i burzy, a „lokalni” pocieszyli mnie, że to normalka i ta sprzed paru godzin, nie była znów tak wielka… O 7.30 odpalam mojego przemoczonego „Komarka” i ruszam pod Górę Boga. W plecaku płaszcz przeciwdeszczowy, 2litry picia, czapka na słońce. Najpierw przedzieram się przez pierwsza rzekę, później znany już mi „podwodny most” i znikam wśród „zeberek”. Nawet nie zwracają na mnie uwagę, choć są zaledwie parę metrów od drogi. Za plecami pozostawiam ostatnią bomę (masajską osadę) i zaczynam piąć się w górę, usiłując dojrzeć „resztki drogi”. Deszcz zrobił swoje i rozmył ślady. Bardziej jadę „na oko” i „na pamięć”, bo z każdym metrem widać coraz mniej! Zapytać o drogę też nie jest łatwo, bo poza zebrami, w pobliżu nie widzę nikogo. Największym wyzwaniem są dla mnie wyschnięte koryta rzeczne. Czasami je tylko przecinam, ale w większości przypadków (a tych koryt było ok. 6!) muszę się poruszać wzdłuż koryta, wypatrując jakiejś szansy na wyjechanie z niego. Te 15km z miasteczka były chyba moimi „najdłuższymi” kilometrami. W końcu dotarłem gdzie samochodem dalej jechać nie da się, ale że byłem na motorze, to pojechałem. Ujechałem jeszcze ok. 1km, które normalnie pokonuje się już na nogach i dumny z siebie zaparkowałem w trawie i przy spalonych drzewach! Te drzewa, to „pamiątka” po ostatnim wybuchu wulkanu, który miał miejsce 3 lata temu! Lawa wulkaniczna, wyrzucany na setki metrów popiół, uśmierciły wszystko wokół i dopiero teraz „nieśmiało” do życia przedziera się trawa. Mam nadzieję, że zebry nie zainteresują się moim motorem, ale chyba jest tu dla nich za wysoko. Oldoinyo Lengai ma prawie 3 tys. metrów i jest wciąż czynnym wulkanem. Rzuciłem okiem w górę, na cel mojego dzisiejszego wędrowania. Nie wiele zobaczyłem, bo szczyt był osłonięty chmurami. Ruszyłem! Było kilkanaście minut po 8ej. Po około 40 minutach marszu, poczułem pierwsze krople deszczu na moich policzkach. Pocieszałem się, że wchodzę w chmurę (nie było to „bujanie w obłokach”!) i jest to deszczyk przejściowy. Miałem nadzieję, że im wyżej, tym bardziej słonecznie i sucho. Po kilkunastu kolejnych minutach wspinaczki, „kapuśniaczek” zmienił się w „solidny deszcz”. To on mnie zatrzymał. Wymuszony postój i moje wahania „iść/nie iść”! Po kilku minutach „oczekiwania”, sytuacja zmieniła się, ale na „gorsze”. Mój szlak zmieniał się w koryto nowopowstałych potoków. Wyschnięty popiół wulkaniczny zmieniał się w grząskie błotko, robiło się ślisko i niebezpiecznie. W tej górze podoba mi się to, że za rok ona wciąż tam będzie, a ja choć wiem gdzie się rodzą ptaki, wcale nie chcę się dziś dowiedzieć, gdzie one umierają… Zawracam. Po ludzku biorąc można by było to uznać za „porażkę”, jednak myślę o tym „zejściu” jak o zwycięstwie! Deszcz nie daje za wygraną, jakby dopiero teraz chciał pokazać na co go stać. Droga coraz bardziej grząska i przybywa wody, która spływa falami z góry. Docieram do motoru i chyba podejście zabrało mi tyle samo czasu co zejście w tych warunkach. Wypycham motor na ścieżkę i staczam się parę kilometrów! Chmury całkowicie zasłoniły Górę. A w dolinach… wiosna! Perspektywa kolejnych opadów deszczu jest duża i postanowiłem się „wstrzelić” w tę suchą dziurę między opadami. Szybkie pakowanie, dokupiłem 3 litry paliwa i ok. 11ej ruszam w drogę powrotną do Arusha. Po drodze zatrzymuję się u „legwanani”, z którym gawędziłem wczorajszego popołudnia. Nie pocieszył mnie za bardzo… Gdy zapytałem o deszcz, to powiedział, że nie powinno padać… za wyjątkiem miejsca gdzie jadę! No ale Przyjaciele są od tego by mi mówić prawdę czy to co chcę usłyszeć? Pamiątkowe zdjęcie z „Legwanani”, z żoną, dziećmi. Ruszam w stronę deszczu… Na pierwszej „bramce” spokojnie. Widząc mnie z daleka, ktoś podbiega, otwiera. Zwalniam by pozdrowić mojego nowego znajomego, który tam pracuje. Od czasu do czasu „zarzuca” motorem na błotnych pułapkach. To może być długa podróż. Po 15stu minutach pierwsze krople deszczu rozbijają się o mój kask. Ale to nie one spowodowały, że mnie „wryło w ziemię”! Spojrzałem na Oldoinyo Lengai i… szok. Ta góra żyje i zmienia się za każdym razem. Gdy 6 lat temu wspinałem się na nią po raz pierwszy, chodziłem po jej płaskim szczycie. Wulkaniczny stożek był „zatkany” i tylko z licznych „kominów” dymiło się, jakby ktoś tam mieszkał… Można było chodzić po tym wulkanicznym dachu, choć miało się wrażenie, że chodzi się po księżycu! Po wybuchu wulkanu parę lat temu, Góra „urosła”, ale już nie można było beztrosko spacerować po jej szczycie. Odsłonił się ogromy, kilkudziesięciometrowy krater, a w środku brunatna lawa! Jedynie można było przejść się wokół krawędzi krateru. Tym razem Góra zmieniła się nie do poznania! Północny stok krateru… zawalił się, tworząc olbrzymią wyrwę w ścianach wulkanicznego stożka! Góra straciła ze swego pierwotnego piękna, ale zyskała na grozie. Widoczność jest słaba, deszcz się wzmaga, ciężko mi się ocknąć z szoku, ale czas na mnie. Na drugiej bramce ludzie byli równie sympatyczni, ale sugerowali mi, że przedwczoraj złamałem prawo, bo przejechałem bez płacenia i do tego ominąłem szlaban! Chyba coś im się pomieszało, bo owszem, szlaban ominąłem, ale oprócz naprawiających kapcia ludzi w ciężarówce opodal, nie było tam nikogo. Zamieniłem wtedy parę słów z pasażerami ciężarówki i pojechałem. Zostałem pouczony, że powinienem poczekać na otwarcie szlabanu, i powinienem się przedstawić kim jestem i w jakim celu jadę do Ngaresero. Skończyło się tylko na „braterskich” uwagach, tym bardziej, że jednym z pracowników był syn Olepelo z Engaruka, gdzie spałem. Sam mnie zapytał czy to ja byłem tym, który spędził noc u jego ojca? W najbardziej niezwykłych i czasami dziwnych miejscach spotykamy ludzi, którzy Cie znają od może Ty ich nie znasz… Następnym przystankiem będzie Engaruka. Z każdym pokonywanym kilometrem, prędkość maleje do szybkości „popychanego motoroweru”. Nie muszę go „jeszcze” pchać, ale jadę nie wiele szybciej, ze względu na wodne rozlewiska na drodze i wokół niej. Jak widać, mieli tu parę „chwil” wcześniej jakiś bardzo „poważny” deszcz! Z nostalgią mijam miejsce, w którym parę lat temu złapałem kapcia i ratowali mnie „dobrzy ludzie”. Wtedy w geście rozpaczy i desperacji wyrzuciłem w „krzaki” zepsutą pompkę… Ktoś ją wtedy znalazł, wykorzystał parę elementów przydatnych i napompowano mi oponę używając samochodowego koła zapasowego! Afrykański geniusz w sytuacjach wydawałoby się „bez wyjścia”! W Engaruka zatrzymałem się tylko na chwilę by pozdrowić Olepelo i zdać relację z moich „usiłowań”. Mówił o olbrzymiej burzy, która właśnie się przetoczyła nad nimi. Ja tylko Bogu dziękowałem, że mnie wtedy tu nie było. Podróż na motorze poza elementami „krajoznawczo-przygodowymi” zawsze nosi w sobie „ryzyko wypadkowe”, które deszcz potęguje. O sile i obfitości deszczu przekonałem się bardzo szybko. 2 wyschnięte koryta rzeczne za wioską były pełne! Przejezdne, ale woda przelewała mi się po kolanach?! Motorek zdał egzamin i mnie nie zawiódł. Było coraz bliżej „cywilizacji”. Do asfaltowej drogi miałem niespełna 20km. Ta bliskość mnie zrelaksowała i… stało się! Szlif a może raczej pół-szlif! W języku motorowerzystów, wypadki dzielą się na „szlify” i „dzwony”. „Dzwon” jak łatwo się domyślić to zderzenie czołowe z przeszkodą, któremu bardzo często towarzyszą dzwony… kościelne! Natomiast „szlify”, to poślizg motoru najczęściej zakończony upadkiem. W tym momencie elementem „szlifowanym” jest Twój motor jak i Ty. Minąłem ostatnią osadę, droga była coraz bardziej wyboista i postanowiłem skorzystać ze skrótu (użyłem go 2 dni wcześniej w drodze do Ngaresero). Chwilowa dekoncentracja uśpiła moją czujność i zapomniałem, że po obfitych deszczach, ziemne drogi mogą być sporym wyzwaniem z licznymi błotnymi kałużami-pułapkami! Już po kilkudziesięciu metrach czułem, ze motor „zapada” się. Ratowałem się ucieczką na pobocze, było wszystko dobrze do czasu gdy przede mną pojawił się głęboki rów. Wróciłem na drogę a motor rozpoczął swój taniec. Wydaje mi się, że czasami lepiej jest upaść niż próbować się ratować… Z upadku człowiek się podnosi, natomiast „amatorskie ratownictwo” może pociągnąć dodatkowe konsekwencje. Czy nie jest podobnie w naszym życiu… Ja „ratowałem” się, próbując nogami złapać równowagę i opanować motor. Ale gdy motor się porusza a noga zostaje na ziemi… nie wróży to nic dobrego. Poczułem ból „skręcanego” kolana i motor wyjeżdżający spode mnie! Motor zatrzymał się obok, ale ja z bólu usiadłem na ziemię. Dopiero po paru minutach wstałem. Po „namacalności” nogi stwierdziłem, że nie ma złamania i że będę żył. Spore utrudnienia w poruszaniu nogą, ale wydobyłem z błota motor, dokręciłem poprzestawiane lusterka i… zauważyłem przyglądające mi się… żyrafy! Dobrze, że one nie jeżdżą na motorach, bo by nie obeszło się bez „złamania karku”! Dotarłem do asfaltu bez przygód. Noga sprawiała wrażenie „normalnej”. Zatankowałem motor i ruszyłem do Arusha! 100km do pokonania i tylko wydawało mi się, że bez przygód. Pierwsze atrakcje pojawiły się już po 10km! Podwodny most na drodze, by woda mogła swobodnie przepływać, nie drążąc pod asfaltem i by zwierzęta mogły przejść przez drogę bez zbędnej „wspinaczki” na nasyp drogowy. Problem w tym, że owszem, woda płynęła i… była na równi z asfaltem (ok. 0,5m). Przydrożni gapie i zapewne „wypychacze” (jak ktoś ugrzęźnie to wypchają samochód za odpowiednią opłatą) próbowali mnie zatrzymać, ale „dałem nura” i dzielnie przedzierałem się na drugi brzeg drogi. Przemoczenie było „przyjemne”, bo było ciepło a i skręcone kolano dostało zimny okład! Tylko się zastanawiałem co jeszcze może mnie spotkać i po kolejnych 20km… droga zniknęła! Dokładniej mówiąc jej połowa! To był most, tym razem normalny, ale może tu potrzeba mostów „nienormalnych”?! Deszcze były na tyle obfite, że rzeka przelewała się także ponad mostem. Efekt „zapory” sprawił, że została podmyta jego część i droga się zapadła. Dziura o długości ok. 30m i szerokości 10m! Pozostał wąski pasek asfaltu łączący 2 brzegi i ciągle przejezdny, ale na jak długo i na ile bezpieczny? Zastanawiałem się ile jeszcze mostów mam do pokonania. Moje obawy były o tyle słuszne, że po paru kilometrach był kolejny most i spore zbiegowisko ludzi. Policja próbowała opanować sytuację, zabezpieczyć teren. Kilkadziesiąt metrów poniżej mostu leżał rozbity samochód. Okazało się, że przy próbie przejazdu przez most, przy wodzie przepływającej po moście, nurt rzeki był na tyle silny, że porwał ze sobą samochód wraz z pasażerem. Nie przeżyli tego nocnego spotkania z żywiołem. W Arusha zadzwoniłem do mojego proboszcza by dowiedzieć się o „prognozę pogody”. Okazało się, że całą noc padało i Moita jest odcięta od świata. Mogę spróbować iść na piechotę (ok. 6km od drogi głównej), ale najlepiej zrobię, jak zaczekam na słońce, które podsuszy bagna, które są naszą drogą! Jak się później okazało, musiałem czekać 2 dni! Miałem dużo czasu by wracać w myślach do miejsca „gdzie kończy się woda, gdzie rodzą się ptaki”…
x. Arkadiusz Nowak sma
listopad 2011
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

batiq
13/02/2014 21:05
adres: lm@sma.pl to nie jest "i", ani duże ani małe smiley Chwilowo, tzn. do początku marca może nie być odpowiedzi, ale później na bank będzie! smiley

rybolub
13/02/2014 12:17
Chciałem kupić książkę, ale ten adres Im@ jest chyba błędny...ani z dużej ani z małej litery nie działa smiley Ktoś mnie słyszy? smiley Proszę o pomoc !

mariab
22/09/2013 16:59
Cześć !!! Chciałabym poznać Twoją historię... daje dużo do myślenia Twoja książka!!!

dzikaczeresnia
11/06/2013 19:01
Gratuluję książki! Gdzie można kupić? smiley

by mógł zdarzyć się cud... PEKAO S.A. XIII O/Warszawa 44 1240 2034 1111 0010 0294 7759 tytułem: ks. Arkadiusz Nowak misja Moita Bwawani

265422 Unikalnych wizyt
Engine: PHP-Fusion v6.01.6 © 2006
ADW Lion Heart - Theme by Amilla Dee Webdesign


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl