Strona Główna ˇ Artykuły ˇ Download ˇ Forum ˇ Linki ˇ Kategorie Newsówśroda, Czerwiec 26, 2019
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Galeria
Kontakt
Download
FAQ
Forum
Linki
Kategorie Newsów
Szukaj
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 57
Najnowszy Użytkownik: Marekpam
"Yohana alive" - Jan żyje! cz. III
Brahani – Moje Światło
cz. III "Yohana alive"

Żegnam się z gościnnym Wukro i Ojcami. Nie musze rzucać monety przez ramie by wiedzieć, że tu kiedyś powrócę, bo to miejsce stało się także i moim domem w budowaniu mojej wiary. Na przystanku, autobus czekał na mnie. Pozostały dwa miejsca, które zajęliśmy wraz z "Moimi Etiopskimi Oczyma", z Agnes. Pierwsi pasażerowie czekali od godziny, ale autobus nie ruszy, dopóki nie będzie pełny. Ruszamy, a za oknem znajome widoki na skalny klif, który kryje w sobie dziesiątki kościołów, na dotknięcie których zabrakło mi czasu. Odkryłem zaledwie kilka... Po dwóch godzinach wciąż krętych dróg i kamiennego krajobrazu, dojechaliśmy do Adigrat. To przystanek jedynie na zmianę pojazdu, by udać się w kierunku Axum, pierwszej stolicy Królestwa Abisynii, choć planowałem "wyskok na bok". Po drodze, znajdował się najstarszy klasztor monastyczny, położony ok. 11km. od drogi głównej, do którego wstęp mają tylko mężczyźni. Przerwa na posiłek, zakupy dla mnichów (pomarańcze i chleb) i ... autobus, który może odjedzie, bo jestem pierwszym pasażerem. Raz jeszcze spróbuję łapać okazję. Pomaga Agnes i jej znajomi. Jest samochód jadący do Axum. Nie ma miejsca, ale... znalazło się miejsce dla mnie! Po godzinie wyboistej drogi i mrożących krew w żyłach zakrętów i przepaści, kierowca "wyrzuca" mnie na drogę, wskazując kierunek i powtarzając jak zaklęcie słowa "Debre Damo". Czeka mnie 11km wędrówki pod górę, bo klasztor znajduje się na szczycie góry, a ostatnie metry pokonuje się przy użyciu lin by wspiąć się na urwisko skalne wysokie w tym miejscu na ok. 20m.! Moja wędrówka to wyścig z czasem. Nie są dobrymi zwiastunami ani słońce coraz bliższe linii horyzontu, ani czarne chmury zwiastujące deszcz... Pokonywane kilometry i zdziwienie turystów w mijanych mnie samochodach. Oni udają się w przeciwnym kierunku! Czy nie za późno na wizyty dla mnie? Ja w duszy się uśmiecham, by dodać sobie odwagi, mając nadzieję, że uda mi się przenocować w klasztorze. Po kilkunastu minutach marszu podejmuję ryzyko. Zmęczenie daje o sobie znać, potęgowane samotnością i nieznajomością terenu. Dostrzegam wąską ścieżkę pnącą się po zboczach góry i doprowadzającej do skały. Różnie to bywa ze skrótami, ale ryzykuję! Po godzinie wspinania docieram pod skałę i kontynuuję wędrówkę by natrafić na liny. W górze pojawiają się pierwsi mnisi próbujący coś powiedzieć... Kolejne minuty, dostrzegam pobliską wioskę, cerkiew i pojawia się mały przewodnik, który doprowadza mnie do lin. Przez parę minut odpoczywam i podziwiam sprawność, z jak ludzie pokonują dzielące mnie 20m skalnego urwiska od "bramy klasztornej". Liny do wciągania worków z żywnością, opału, wody. Obok "stała" lina, pomocna we wspinaczce udających się do klasztoru. Zdejmuję buty (ma być łatwiej), zostaję przewiązany liną (jak worek mąki) i niepewnie atakuję skałę. Już po pierwszych metrach tracę siły i nadzieję, że przekroczę klasztorny próg. Słabną ręce, nogi zaczynają drgać, a dzielące metry zmieniają się w tony nie do udźwignięcia. Krwawiące nogi pozostawiają czerwony ślad na skale. Chwile zwątpienia, ponowienie próby i wyciągnięta ręka w moja stronę z klasztornej bramy. Potrzebowałem dłuższej chwili by dojść do siebie, by uwierzyć, że dotarłem na skałę, na której wybudowano kościół. Dzień dobiega końca. Znajduje się na wysokości 3000m npm. Święte miejsce z kamienno-drewnianym kościołem i ok. 150 mnichami zamieszkującymi tę górę. Czy znajdę miejsce na noc, czy "dotknę" ducha modlitwy, medytacji, który od wieków promieniuje z tej góry... Pytań było wiele, a czasu coraz mniej wraz z zachodzącym słońcem. Udałem się do kościoła. Po drodze jeden z mnichów pokazuje mi odbity krzyż w skale. To w tym miejscu święty założyciel został postawiony na ziemi przez "latającego węża", który go unosił w powietrzu. Z dala dostrzegam piękny kościół. Przeplatające się kamienie i drewno świadczą o jego "axumskim stylu" i wieku (VI w.) Jest za późno na zwiedzanie. Muszę poczekać do jutra. Wokół liczne domy. To "pustelnie", bo każdy z mnichów mieszka osobno. Udaję się z moim przewodnikiem do bramy. Bałem się, że czeka mnie zejście po linie i spanie w wiosce, ale przy bramie jest budynek, w którym mogę spać. Uradowany perspektywą pozostania na górze udaje się na miejsce spoczynku. Mych uszu dochodzi wołanie jednego z mnichów. Zaprasza mnie na noc do swojego domu, do pustelni. Ma na imię Efrem. Choć jest młody to już można zauważyć wielki respekt, którym jest obdarzany przez "nowicjuszy". W swej prawej dłoni trzyma mały krzyż. Podchodzący ludzie pochylają się by ucałować krzyż i otrzymać błogosławieństwo. Oprowadza mnie po górze. Pokazuje ogromne cysterny wodne wykute w skale przed wiekami, domy mnichów, "nowy kościół" gdzie pobiera wciąż nauki. Nie jest to naszego typu klasztor ze wspólnotowym charakterem życia. To mnisi i pustelnicy. Każdy mieszka osobno, gotuje i organizuje sobie życie. Jego czas w dużej mierze jest dzielony na studiowanie pisma i liczne posty. Ze względu na "męski charakter" miejsca także jajka i mleko nie maja tu prawa bytu, jako pochodzące od tego co żeńskie-nieczyste. Łamanym angielskim wyjaśnia mi historię miejsca, swojego powołania. Jego dom jest dość okazały. Został "odziedziczony" po jakimś zmarłym mnichu. Jest piętrowy a zwierzęta w małej zagrodzie są przedstawicielami rodzaju męskiego (kozy, baran, koguty). Na parterze "spartańskie warunki", jakieś próby malarskie na ścianach przedstawiające anioły lub świętych. Drewniany stojak na świeczki z "wiekami odłożonych warstw wosku". Idziemy do góry. Tam przyjemnie urządzony pokoik z dwoma pomieszczeniami. Kuchnio-jadalnia i sypialnia. Jedynymi "cywilizowanymi" przedmiotami są łóżko i palnik na naftę. Na ziemi maty, ściany ponownie "udekorowane" malowidłami Matki Bożej. Małe drewniane okno i rozciągnięte sznury a na nich suszące się mięso. Wyciągam moje "dary" chleb i pomarańcze. Uśmiech na twarzy mojego Gospodarza. Zabiera się za gotowanie. Gotująca się woda, kruszone suche mięso, sporo łyżek pikantnej czerwonej papryki i po paru minutach wraca z ogromnym, dobrze znanym mi "naleśnikiem" ndziara. Siedzimy na ziemi i czas oczekiwania skracamy sobie próbami rozmowy. Jego angielski w dużej mierze opiera się na... uśmiechu! Gdy posiłek jest gotowy odmawia krótkie błogosławieństwo, lamie chleb i dzieli sie ze mną pierwszym kawałkiem. Łamanie chleba... Czy możliwy jest piękniejszy gest braterstwa i gościnności? Posiłek bardzo smaczny, choć mam wrażenie, że jem ogień, choć to tylko papryka. Po kolacji czas na pytania. Co robię? Skąd jestem? Jak ludzie wyglądają, co jedzą, co robią w Polsce? Przynosi jakaś starą książkę do geografii by rozwiązać nękający go dylemat, czy Polska leży w Ameryce? Robie się lekko senny a po pytaniach geograficznych przychodzi kolej na teologiczne. Wie, że jestem katolikiem... Pyta czy wierzymy w to, ze św. Jan żyje (Yohana alive or death - Jan żyje czy umarł?). Nie sądziłem, że moja odpowiedź może go tak ożywić... Odpowiedziałem, że Jan umarł i po jego oburzeniu i protestach "Yohana alive" zgodziłem się z nim próbując wskazać różnicę na śmierć ciała i nieśmiertelność duszy. Z drugim pytaniem ku jego uciesze było łatwiej. "Maryamu death or alive". No pewnie, ze Maryja żyje. Kamień spadł jemu i mi z serca. Podobnie uważają ortodoksi. Problem pojawił sie z Mojżeszem. Próbowałem coś wykrętnie powiedzieć, ale przekonał mnie o wciąż żywym Mojżeszu pokazując obraz Jezusa Przemienionego na górze Tabor, rozmawiającego z Mojżeszem i Eliaszem. I jak tu mu nie wierzyć? Za oknem rozpadało się co niepokoiło mnie i mój jutrzejszy powrót do drogi głównej. Padało cała noc a wiem o tym bo kolejny raz nie mogłem zasnąć. Czy było to za sprawa deszczu, czy komarów, a może wysokości? Rano z moim gospodarzem zwiedziliśmy kościół, choć ja raz jeszcze jak "ślepiec" ograniczałem się do określania czegoś "ładne, ładniejsze"... Efrem udał się na nauki, a ja pożegnałem się z górą. Zejście po linach było znacznie łatwiejsze. Znów udałem się na skróty, choć w paru miejscach musiałem dopytywać się o drogę. O godzinie 10ej stanąłem na drodze głównej między Adigrat i Axum i czekałem cierpliwie wraz z innymi ludźmi na jakiś samochód, autobus. Początek był całkiem sympatyczny. Rozmowa z dzieciakami idącymi do szkoły, uśmiechająca się babcia i brak jakiegokolwiek samochodu na horyzoncie. Po godzinie pojawiły się pierwsze ciężarówki. Czekałem cierpliwie na autobus. W końcu się pojawił. Wraz z nim ożywienie stojącej ze mną grupki ludzi. Autobus… nawet się nie zatrzymał! Kolejne minuty i kolejny autobus na horyzoncie. Z tym było lepiej bo się zatrzymał, ale tylko po to by przez okno podać reklamówkę z pieniędzmi na klasztor a w zamian otrzymać woreczek z kamieniami ze świętej góry i klasztoru Debre Damo. Podobnie było z dwoma kolejnymi autobusami. Traciłem już nadzieję i myślałem o powrocie do Adigrat i znalezieniu autobusu tam, gdy znów pojawił się autobus, zatrzymał, ludzie się rzucili do drzwi, ja jak biedna "Sierotka Marysia" na końcu, ale... ja jechałem najdalej, do Axum i miejsce znalazło się właśnie dla mnie! Szczęśliwy nawet nie miałem śmiałości myśleć o niewygodnym miejscu jakie mi przypadło na końcu autobusu. Po dwóch godzinach dojechaliśmy do Axum. To najstarsze miasto Etiopii, pierwsza stolica, święte miasto kościoła etiopskiego. Taka nasza polska Częstochowa. Pośrodku miasta z daleka widoczne gigantyczne kamienne słupy. Ważące 500 ton, wysokie na 23 m, granitowe, po dziś dzień wzbudzają szacunek, podziw i pytania, jak zostały one tu postawione?! Pochodzą z III w. i nie są jedyną atrakcją tego miejsca. Nieopodal znajduje się kościół „Mary of Zion”. Pochodzi z IV w., jest podobnie jak klasztor z Debre Damo przykładem "stylu axumskiego" gdzie budulcem jest zarówno kamień jak i drewno. Do wnętrza kościoła ma jednak wstęp jedynie strażnik. Nikt inny nie może tam wejść ze względu na przechowywany tam skarb, jakim jest (według lokalnej tradycji) Arka Przymierza z tablicami Przykazań. Choć wydaje się to absurdalne, to jednak wbrew pozorom, w/g wielu naukowców, całkiem możliwe! Pikantności tej historii dodaje fakt, że Etiopia jest jedynym krajem afrykańskim, który nigdy nie został, nie udało się skolonizować! Czy jest to zasługa obecności Arki na tej ziemi?! Niech to pozostanie tajemnicą malutkiego kościoła „Mary of Zion”. Rozpadał się deszcz z gradem i nie byłem już w stanie dotrzeć do pobliskich ruin pałacu Królowej Saby. Następnego dnia rozpocząłem mój powrót. Zatrzymałem się jednak na parę dni w miejscu "jedzonego miodu" bo to oznacza imię Lalibela, które jest obecnie nazwą miasteczka.
cdn... x. Arkadiusz
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

batiq
13/02/2014 21:05
adres: lm@sma.pl to nie jest "i", ani duże ani małe smiley Chwilowo, tzn. do początku marca może nie być odpowiedzi, ale później na bank będzie! smiley

rybolub
13/02/2014 12:17
Chciałem kupić książkę, ale ten adres Im@ jest chyba błędny...ani z dużej ani z małej litery nie działa smiley Ktoś mnie słyszy? smiley Proszę o pomoc !

mariab
22/09/2013 16:59
Cześć !!! Chciałabym poznać Twoją historię... daje dużo do myślenia Twoja książka!!!

dzikaczeresnia
11/06/2013 19:01
Gratuluję książki! Gdzie można kupić? smiley

by mógł zdarzyć się cud... PEKAO S.A. XIII O/Warszawa 44 1240 2034 1111 0010 0294 7759 tytułem: ks. Arkadiusz Nowak misja Moita Bwawani

266878 Unikalnych wizyt
Engine: PHP-Fusion v6.01.6 © 2006
ADW Lion Heart - Theme by Amilla Dee Webdesign


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl