Kobiecy dotyk
Dodane przez lantisi dnia Wrzesień 10 2010 09:20:40
Rozgwieżdżone niebo tanzańskie… Wydaje się, że wystarczy wyciągnąć rękę by go dotknąć! Krzyż Południa pochyla się nad horyzontem wraz z upływającymi godzinami. Od czasu do czasu niebo rozpala spadająca gwiazda… Uśmiecham się do nieba… Mam przecież tak wiele marzeń. Dziękuję, że nie pochodzę z Beninu, gdzie ta gwiazda oznacza śmierć bliskiej osoby. Na widok spadające gwiazdy tam, ludzie złorzeczą bliskim… To ich sposób „odczarowania”! Nie można złorzeczyć zmarłym, stąd to nie ich gwiazda spadła! Przyglądam się niebu, mych uszu dochodzą dźwięki nocy… Świerszcze, poszukiwania nietoperzy, nawoływania hien… Ten świat żyje i brak kolorów nie oznacza, że Twoja gwiazda spadła… Wokół nas świat toczy się swoim rytmem. Jesteśmy świadkami życia… Rodzi się świat, rodzi się życie… W Afryce jest to najcenniejszy dar. Jakże często bezdzietna kobieta jest postrzegana jako „przeklęta”, „czarownica”. Rodzące się nowe życie zapewnia przyszłość i kontynuację dla klanu. Często przez pierwsze miesiące dziecko nie otrzyma imienia… Nie jest jeszcze uważane za członka naszej społeczności. Dopiero nadanie imienia określa jego „ludzi” status. To imię, imiona, to często „historia” narodzin czy też ich okoliczności…
Masajowie…świat, który powoli się otwiera przede mną. Jak małe dziecko próbuję wszystkiego dotknąć, spróbować. Gdy rodzi się dziecko, kobieta, która odbierała poród w domu, nie oznajmiając płci dziecka, prosi jedynie wojownika o mleko dla matki wymieszane z krwią krowy (jeżeli na świat przyszła „ona”) lub byka (w przypadku narodzin chłopca). Zaczyna się „święty czas” dla matki. Może tylko dla tego, ze jestem księdzem, mogłem odwiedzić i pobłogosławić noworodka, choć nie widział go jeszcze ojciec! Kobieta ubrana na czarno (kolor obecności boga Lengai Narok – bóg czarny), siedząca w głębi domu, w swoim „pokoju”, wraz z nią ta, która będzie jej pomagać. Nie opuści domu przez kolejnych 6 miesięcy, wszystkie sprawy związane z prowadzeniem domu i krowami, zostają przejęte przez innych. Jej jedynym obowiązkiem jest troska o dziecko. Przez kolejne miesiące nie będzie obcinać włosów ani sobie, ani dziecku… To znak tej „inności”, przynależności do innego świata! To ona znajduje się w jego centrum, bo stała się źródłem życia! Moja znajoma uśmiecha się… Ma już 2 chłopców, chciała mieć dziewczynkę…Gdy pozdrawiasz dziecko na masajskiej ziemi, kładziesz swą dłoń na jego głowie. To piękny znak pozdrowienia i błogosławieństwa. Ja…jak „prorok”, zanim się urodziło dziecko, kładłem mą dłoń na brzuchu matki mówiąc „ndito sopai”( dziewczynko jak się masz)… Urodziła się dziewczynka…Magdalena. Jej gwiazda zajaśniała, biała karta życia zaczęła się wypełniać. Teraz uśmiecha się do mnie, biegnie rozkładając ręce i czeka aż ją weznę w me objęcia. Czasami uśmiechnięta w czasie mszy macha do mnie, albo przychodzi by usiąść mi na kolanach… Ma zaledwie 3 lata, ale w wielu sprawach jej życie jest już „naszkicowane”. Jej obowiązki później związane z poszukiwaniem chrustu czy wody, pilnowaniem stada kóz, pomoc mamie w gotowaniu i utrzymaniu porządku… Pojawią się też łzy cierpienia… Obrzezanie, mąż, który zostanie jej obiecany przez rodziców, opuszczenie domu…To odległe etapy i dobrze, że jej radosne dzieciństwo ich nie dostrzega… W wieku 12-14 lat stanie się „Siangiki” (młoda kobietą), zdolną do ślubu, wydania na świat potomstwa. Ten obrzęd poprzedzi obrzezanie. Jest nielegalne, wiele razy tragiczne są jego skutki, widoczne natychmiast lub po latach… Wciąż uważa się, że ta, która jest nieobrzezana, jest wciąż dzieckiem, a dziecko nie może być matką! Przez całą uroczystość pozostanie w domu. Ubrana w czarne szaty, przez parę dni stanie się centrum świata. Przed domem zielone drzewko…symbol życia i obfitości. Tańczące kobiety, podskakując, zbliżają się do drzewka, z ich ust wydobywają się słowa błogosławieństwa. Dotknięcie drzewka, skłon i kolejna matka rozpoczyna swą litanię… Wojownicy w oddali formują Se „szyki”. Gęsiego przychodzą w pobliże domu. Tworzą okrąg. Śpiew i podskoki, w których chcą sięgnąć nieba… Zachodzące słońce wyostrza kolory. To moja ulubiona pora. Gasnąca kula zwraca światu jego barwy. Wydłużają się cienie. Za chwilę następny etap. Starcy gromadzą się w domu, gdzie przebywa „młoda dziewczyna” (siangiki). W powietrzu unosi się zapach wędzonego mięsa, świeżego mleka i słodycz miodu… To trzy elementy, bez których nie byłoby żadnego święta! Miód to „zapłata” dla starców, którzy zostali poproszeni o wypowiedzenie błogosławieństwa… To znów niekończąca się litanie „by Twoje dzieci były zdrowe, by krowy były liczne jak gwiazdy, by nie zabrakło mleka…” Po każdej z tych próśb słychać chóralne „nai” (o tak boże). Reszta miodu będzie podzielona… Mleko umieszczone w „kibuyu” - lokalnej butelce (wysuszony podłużny owoc), zamkniętej trawą, to kropidło błogosławieństwa. Ponownie wraz ze spadającymi kroplami mleka, słowa modlitwy. Panująca ciemność w chacie, wymieszane zapachy, dym żarzącego się ogniska, oddechy zgromadzonych. Na wysuszonych gałązkach rozciągnięte mięso. Szef klanu wycina specjalną część mięsa, nabija ją na przygotowany drut. Trzykrotnie dotyka nim twarzy ojca „siangiki” ze słowami modlitwy, następnie ten kawałek zawiśnie mu wokół szyi na znak otrzymanego błogosławieństwa. Siangiki przez parę dni pozostanie w domu. Gdy z niego wyjdzie, zmieni się kolor jej ubrań, pojawią się dodatkowe ozdoby wokół szyi czy w uszach… Upłyną lata aż u drzwi staną ludzie z naczyniem miodu, a do zagrody zostanie zagnana krowa. To rodzice mężczyzny, który będzie przyszłym mężem… Rozpoczynają się negocjacje… Czas, ilość krów, litry miodu…
I wstaje nowy poranek, w którym „Magdalena” opuści swój dom, nie mogąc oglądnąć się za siebie… Wcześnie rano zostaje do zagrody zagnany cielak. Bez niego „ona” nie może wyjść z domu. Liczba tych, którzy pozostają, musi się zgadzać. Dzieci są równie ważne jak krowy, a te ostatnie to część rodziny. Ktoś opuszcza dom, ktoś/coś musi go zastąpić! Siangiki udaje się do domu rodziców by otrzymać błogosławieństwo, wraz ze swoim mężem. Pięknie ubrana, zawieszone kilogramy ozdób, korali, naszyjników, bransoletek i…butelki kibuyu, by w jej chacie nigdy nie zabrakło mleka. Sandały ze krowiej skóry, w dłoni kij… Ostatnie spojrzenie ukradkiem na bliskich, powstrzymywane łzy… Odchodzi. Nie spojrzy za siebie, aż dojdzie do chaty swego męża. Czeka ją powitanie przez nową rodzinę. Najpierw „przekomarzanie się”. Odmawia postawienia kroku w stronę domu. Obiecane krowy, kozy…idzie i zatrzymuje się ponownie… Kolejne obietnice, kolejne kroki. Po paru „targach” dociera do zagrody krów. Tam w „bramie” zostanie pobłogosławiona mlekiem i krowim tłuszczem. Radość, śpiew…Wieczorem, gdy wrócą krowy, błogosławieństwo mleka i wybór nowego imienia dla „młodej żony”. Narodziła się w tej wspólnocie i tym imieniem będzie rozpoznawana. Wypity miód, kawałki zjedzonego mięsa… Wychodzę przed masajską chatę… Przygląda mi się tysiące gwiazd. Pojawia się biała wstęga przecinająca niebo… To chyba jednak znak rodzącego się życia!
x. Arkadiusz
Tanzania – Moita Bwawani 2010