Opluty przez Boga...
Dodane przez lantisi dnia Wrzesień 01 2010 15:54:36
Opluty przez Boga!

„… To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego” /J 9, 6 / Historia „niewidomego od urodzenia”, którą możemy znaleźć u ewangelisty Jana, zawsze mnie nurtowała. Dlaczego Jezus użył śliny i błota by przywrócić wzrok? To prawda, że w ślinie psa wykryto penicylinę i nie dziwi, że psy lizały rany Łazarza… Ale dlaczego śliny użył Jezus? Nie sądzę by we współczesnym świecie „oplucie/ślina” miały wymiar leczący, przynoszący światło. Jakże często w naszym codziennym życiu spotykamy się ze stwierdzeniem „wypluj to słowo”! Gdy rozmowa poszła za daleko, gdy przekroczyliśmy niewidzialną granicę szacunku, przyzwoitości, mamy nadzieję, że „wyplute słowo” jest w stanie zawrócić czas, uratować to co dla nas cenne. Czy Jezus plując na ziemię chciał zawrócić czas, dać szanse niewidomemu by przejrzał? Z błotem uczynionym ze śliny… posłał go! Biologia uczy nas, że w ślinie są enzymy trawienne. Czy czasami sytuacje w życiu są tak trudne, nie możemy sobie z nimi poradzić, nie możemy „przetrawić” ich w domu, pracy, że… potrzebujemy „śliny” by przez to przejść?! A dlaczego robotnik spluwa w dłonie przed wzięciem w ręce łopaty czy kilofa? Czy jest to odwieczne przekleństwo ciężkiej pracy czy może lekarstwo na bolące dłonie? Nie możemy także posłać listu bez poślinienia skrzydełka koperty czy znaczka… Może to być list pełen miłości, w którym to co najpiękniejsze usiłujemy zamknąć w słowa. Czas, odległość stają się nieistotne wobec zachwytu przesłanego i „przypieczętowanego” śliną znaczka! Czy to możliwe, że szczęście dwojga ludzi może zależeć od poślinionego znaczka? W dobie poczt elektronicznej zaoszczędzimy na ślinie, ale czy to uczyni nas lepszymi? Może świat Masajów będzie pomocą w wykorzystaniu nagromadzonych zasobów? To półkoczownicze plemię Afryki Wschodniej wciąż zachwyca mnie i fascynuje. Wiele pytań pozostaje wciąż bez odpowiedzi, ale te lata jakie wśród nich spędziłem, dały mi szansę zachwytów i niemego przyglądania się! Jest 17.30, wyruszam na spacer by odwiedzić masajskich przyjaciół. O tej porze dnia wybuchają kolory, są najbardziej wyraziste. Z każda minuta marszu słońce wydłuża mój cień. Z oddala daje się słyszeć głos dzieci. Arkado, Arkado… już mnie wypatrzyły i biegną na powitanie. Mała Magdalena płacze pozostawiona sama. Dopiero jak trafi na moje ręce i powitana będzie pocałunkiem, niewyraźnie, przez łzy, zacznie się uśmiechać. Inne dzieci pochylają swe głowy bym mógł położyć mą dłoń na znak powitania i błogosławieństwa. Trafiamy do domu Nandito, to mama małej Magdaleny. Grzecznościowa wymiana pozdrowień: jak dzieci? Jak krowy? Jak praca? Jak zdrowie? Na przywitanie pojawia się kubek mleka. Malutki domek pokryty strzechą, ściany wybudowane z wymieszanego krowiego łajna i ziemi. Nie ma okien, palenisko pośrodku. Mała Magdalena wędrując po omacku, przewraca się, zaczyna płakać! Zakrwawione kolano potrzebuje pomocy. Nandito bierze w objęcia mała Magdę, coś do niej mówi, jakby to była jakaś litania i po każdym zdaniu spluwa na ranę! Czy jest to modlitwa? Mijają dni… wybija 17.30, czas mojego wędrowania. Tym razem moje stopy zaprowadziły mnie do Kadogo, młodej matki, która parę dni wcześniej urodziła bliźniaki. Przez kolejne 6 miesięcy nie będzie opuszczać domu, zajmując się jedynie noworodkami. Przez ten czas nie będzie także obcinać włosów ani sobie ani dzieciom. Święty czas macierzyństwa. To rodzina, bliscy, zadbają by nie zabrakło w jej domu mleka, jedzenia, chrustu… Rozmowę przerywa nam, od progu wypowiadająca słowa litanii życzeń, staruszka „koko”. Kolejno noworodki trafiają w jej objęcia. A ona nie przerywając potoku słów, zarówno pierwsze dziecko jak i drugie, od czasu do czasu… opluwa! Czy jest to modlitwa? Mijają dni, nadchodzi godzina światła i kolorów… Pod świętym drzewem „Oreteti” grupa starców. Radzi, odpoczywa… Pozdrawiam ich, dłonie się stykają, ale nie dochodzi do wymianu uścisków. To tradycyjne masajskie pozdrowienie. Tylko stary Olepelo mocno ściska mą dłoń, wypowiada niezrozumiałe dla mnie słowa, uśmiecha się i od czasu do czasu… spluwa na nasze dłonie! Czy jest to modlitwa? Chłopcy „opluci mlekiem” w dniu gdy stają się wojownikami… Dojrzały mężczyzna „opluty mlekiem” gdy staje w progu pełnej szacunku i powagi… starości. To mleko brane do ust i wypluwane na nich… Czy to jest modlitwa? Jest niedziela, po mszach na wioskach wracam na misję. Stara Nemburis od paru godzin czeka na mnie. Niedowidzi, ale na mój głos powitania, odpowiada uśmiechem. Słyszała, że miałem wypadek, rozciąłem rękę… Palcami „szuka” mojej rany na przedramieniu. Zaczyna swoje masajskie lamenty i parokrotnie… opluwa moją ranę! Czy jest to modlitwa? Tak, tak i jeszcze raz tak! W końcu zrozumiałem. Dla Masajów oplucie to znak błogosławieństwa! Poprzez ten symbol sam Bóg Cię spotyka, by Jego błogosławieństwo dotknęło Cię i przyniosło oczekiwane uleczenie, radość, przejrzenie! Afryka dała mi tak wiele… To tu doceniam, jakim bezcennym skarbem w moim życiu są moi bliscy, przyjaciele, spotkane osoby w mojej wędrówce. Bóg błogosławi mi każdego dnia! Jestem szczęśliwy i wdzięczny Bogu! Jestem… „opluty przez Boga”!
x.Arkadiusz sma
Tanzania - Moita Bwawani 2009